Tak w życiu bywa, że ni z tąd ni z owąd na drodze pojawia się zakręt. Ufni własnemu doświadczeniu ignorujemy znaki ostrzegawcze a znaków zakazu i nakazu nawet nie zauważamy. Tak też stało się i w moim przypadku. Nie dosłownie ale w przenośni. Wpadłem w całkiem ostry zakręt życiowy i to bez trzymanki, ale wszystko po kolei.
  
   Kiedy dowiedziałem się, że dójka lokatorów wyprowadza się powinienem zaząć się pakować. Jak zwykle zostawiłem wszystko na ostatnią chwilę będąc święcie przekonany, że kilka worków na śmieci i karton wystarczy aby wszystko spakować. Myliłem się. Okazało się, że mam więcej rzeczy do spakowania niż przy poprzedniej przeprowadzce. Początek przeprowadzki nie wyglądał na zbyt tragiczny. zabrałem wszystko co spakowałem do wozu Józka, zajmując całą wolną przestrzeń i przewiozłem to do Grześka, który przechowa mi te rzeczy do momentu kiedy wrócę z Polski i przeniosę się na nowe miejsce. Wrociłem do domu i zaczełem pakować to co zostało. Zebrałem ku mojemu zdziwieniu drugie tyle co wywiozłem. Józek miał to zabrć następnego dnia, niestety pracwał wtedy niemal do północy i musiałem poczekać kolejny dzień.
   Sobata rano. Pobudka 8:00. Szybkie śniadanie i sprint po Kubę, nowego współmieszkacza, i dokończenie przenosin worów do Grześka. Zajeło nam to około pół godziny. Szybki powrut na Henry st. i spakowanie części motoru które Kuba zabrał do siebie. Niemal w ostatniej chwili zdążyłem na autobus do Shannon z ką leciałem do Liverpoolu. pozostały w domu tylko meble, którymi już pod moją nieobecność zaopiekował się Józek. A i tak nie wszystko zostało zabrane i pozostawione rzeczy będę musiał odzyskiwać od nowych lokatorów.
  
   Wycieczka do Southport przez Liverpool oakzała sięnajprzyjemniej spędzonym i najbardziej intensywnym weekendem od ponad pół roku. Wruciłem do Galway w poniedziałek rano a samolot do poslki miałem następnego ranka. Musiałem jakoś przetrwać poniedziałkowe popołudnie i wieczór. Załatwiłem kilka spraw na mieście. Udałem się do Kuby i przygotowałem motor do "zimowania". Wyskoczyłem na browar Z Alexem i przyokazji odzyskałem część długów. Wruciłem do Kuby po plecak porzegnałem się z nowymi współmieszkaczammi i udałem się do Uli. Tam przygotowałem się do dalszej podróży, odebrałem torbę i obładowany placakiem i torbą załadowaną w wiekszej mierze książkami Lechusa ruszyłem na przestanek autobusowy.

  Dalsza podróż do Polski minęła bez żadnych przygód. We wtorek o dwunastej w południe byłem już w domu i mogłem odespać cały weekend w czasie którego spałem tylko kilka godzin. Teraz oczyma wyobraźnii widzę swój powrót do Irlandii, gdzie dotre wsrodku nocy nie mając jeszcze własnego łóżka ani innej dostępnej opcji do przespania w sensownych warunkach nocy.

   Pytacie gdzie tu jest zakręt żciowy? Dokładnie tu gdzie każda partia mojego dobytku jest w innym lokum, ale nie tu gdzie będę mieszkał. Czuję sięczęściowo bezdomny, ale nie z takich żeczy się wychodziło beż szwanku. Pewnie jeszcze się okaże jak bardzo się poobijam bo nadal siłą bezwładu sunę po poboczu. Całe szczęsci, że mimo tego, że nie mogę tego kontrolować, wiem w którą stronę zmierzam ;)

Złotawa myśl wszechczasów: Znaki drogowe jednak po coś są, wieć ignorowanie ich to proszenie się o kłopoty !!!