Tak. Dokładnie tak jak w tytule. Jestem zmęczony czasem burzy i
naporu. Cały czas coś nowego. Cały czas jakieś zmiany. Jak nie we mnie
to dokoła mnie. Wszystko pcha mnie w jakimś bliżej nieznanym mi
kierunku. Zawierucha malutkich, małych, większych i ogromnych zdarzeń,
które dzieją się wokół mnie zaślepiają mnie całkowicie tak że nie mam
szans na dostrzeżenie kolejnego przystanku na mojej drodze.

Ani chwili odpoczynku. Mam już tego dosyć.Najchętniej wysiadłbym z tego rozklekotanego pociągu zwanego moim życiem, siadł gdzieś nad brzegiem morza na jakiejś opuszczonej plaży i pogapiłbym się w siną dal, albo tańczył z wiatrem. Niestety nic z tego. Obowiązki, zobowiązania, konieczności, złośliwe przypadki, zemsty nie wykorzystanych szans i ciernie ma drodze zatrzymują mnie w miejscu. Kręcę się jak w wirówce nie wiedząc czy przypadkiem kolejny krok nie będzie moim ostatnim.

Jak długo jeszcze? Jak długo będę się kręcił po tym martwym pustkowiu przeganiany z miejsca na miejsce kolejnymi burzami? Jak długo jeszcze będę czuł na szui łańcuchy konieczności? Kiedy znajdę w końcu swoją przystań? Kiedy to ja będę kontrolował ten tramwaj zwany życiem, i kiedy w końcu znajdę spokojną przystań do której będę zawsze mógł zawinąć i w której będę bezpieczny?

Nie wiem kiedy to wszystko się stanie, ale gdybym kiedyś nie dawał znaku życia przez dłuższy czas wiedzcie, że wyskoczyłem w biegu i siedzę na nasypie paląc fajkę i popijając piwo przyglądam się mijającym mnie pociągom.