Wróciłem z Polski ponad tydzień temu i niemal od razu wpadłem w tą samą rutynę którą miałem opuszczając deszczową krainę. Wróciłem z naładowanymi bateriami, a rzadko tak miałem po powrocie z wizyty w starym kraju. Zaczął się nowy rok. Pojawiły się nowe postanowienia i plany a tu wygląda na to, że realizacja ich wymaga więcej wysiłku niż się spodziewałem.

Wszystko wydawało się na dobrej drodze do puki nie wróciłem do pracy. Niestety od pierwszego jak zwykle dnia zacząłem się spóźniać.j  Jak zwykle po pracy siadam do kompa i do czwartej tracę czas odpowiadając sprawdzając czy w tonach spamu nie ma czegoś ciekawego albo grając w głupawe gierki na przeglądarkę.

Mam tego dość. Niestety zmiana przyzwyczajeń nie jest łatwa, ale nikt nie mówił że droga do sukcesu jest łatwa. Mam ambitne plany i konkretne cele. Wierzę, że moja droga będzie usłana różami. Prawdę mówiąc już jest, choć częściej stąpam po cierniach niż po płatkach jestem pewien że wkrótce proporcje się odwrócą i niedługo potem cierni nie będę nawet zauważał. Najważniejsze to wierzyć w siebie i ciągle nad sobą pracować. Co też robię z mniejszym lub większym skutkiem a efekty tego zaczynają być powoli widoczne.

Wiem, że brzmię trochę tak jakbym się szarpał sam z sobą, ale jest to dla mnie metoda walki z własnymi ograniczeniami. Uświadamiać je sobie i eliminować. Mój mały przepis na dążenie do perfekcji. I tu mam prośbę do tych którzy mnie znają: jak tylko zauważycie, że popadam w jakiś marazm tudzież tumiwisizm dajcie mi porządnego kopa w tą część ciała gdzie plecy tracą swą szlachetną nawę, abym się nie zatrzymywał i dalej szedł przed siebie.